Pół roku temu postanowiłem zrobić coś, czego unikałem od lat: stworzyć własną stronę od zera. Nie chodziło o bloga ani portfolio — potrzebowałem miejsca, gdzie mógłbym dzielić się listami polecanych książek i narzędzi dla ludzi, którzy lubią majsterkować po godzinach. Problem polegał na tym, że każdy kreator stron, który wypróbowałem, czułem jakby próbował mi wcisnąć gotowy szablon z myślą o sklepie internetowym. A ja nie miałem niczego do sprzedania. Wtedy trafiłem na spidersweb.com.pl witryna, która opisywała porównanie prostych hostingu i ręcznie pisanych stron HTML. To zmieniło moje podejście.
Postanowiłem napisać wszystko samodzielnie: HTML, CSS i trochę JavaScriptu do sortowania listy książek. Zajęło mi to trzy weekendy, ale efekt był dokładnie taki, jak chciałem. Żadnych zbędnych pasków bocznych. Żadnych próśb o zapisanie się do newslettera. Po prostu strony z treścią.
Dlaczego minimalizm działa lepiej niż szablony
Kiedy pokazałem znajomym moją pierwszą wersję strony, większość z nich powiedziała: „wygląda jak notatnik”. I mieli rację. Czcionka była zwykła Times New Roman, tło białe, a jedyne kolory pochodziły z okładek książek, które wstawiłem jako linki. Ale to właśnie ten brak dekoracji sprawił, że ludzie faktycznie czytali treść. Zamiast przeglądać podstrony w poszukiwaniu menu, od razu widzieli to, co chciałem im pokazać.
W trakcie pracy nadrzuciłem pytanie: ile rzeczy na typowej stronie internetowej jest absolutnie koniecznych? Okazało się, że bardzo mało. Strona główna to jeden akapit tekstu i lista. Każda kategoria książek ma osobny plik HTML — żadnej bazy danych. Konfiguracja serwera ograniczyła się do wrzucenia plików przez FTP. Działa bez reklam i skryptów śledzących.
Jeden z czytelników napisał do mnie maila: „Twoja strona ładuje się szybciej niż Google”. To była przesada, ale faktem jest, że waży około 20 kilobajtów. Nie trzeba było optymalizować obrazów ani kompresować fontów — po prostu ich nie używałem.
Trzy rzeczy których żałuję że nie wiedziałem wcześniej
Największym błędem początkującego jest przeświadczenie, że strona musi być „nowoczesna”. Przez nowoczesność rozumiałem kiedyś animacje wejścia elementów i efekt parallax — dwa rzeczy które całkowicie zepsuły działanie na starym laptopie mojej mamy. Prawda jest taka: użyteczność wygrywa z efektami zawsze.
- Hosting statycznych plików kosztuje mnie miesięcznie mniej niż kubek kawy w automacie — pięć złotych za domenę i hosting w najtańszym wariancie.
- Nauka podstaw HTML zajęła mi dwa wieczory z darmowymi kursami online; nie trzeba znać frameworka jak React żeby opublikować działającą witrynę.
- Najważniejsze: treść decyduje o wartości strony dziesięć razy bardziej niż jej wygląd. Lepiej napisać jeden wpis o konkretnym problemie niż spędzić godzinę na ustawianiu marginesów.
Człowiek nie buduje strony od projektu graficznego — buduje ją od słowa pisanego.
Dziś moja witryna ma około trzystu odwiedzin tygodniowo. Nie zarabiam na niej ani grosza, ale dostaję co miesiąc kilka maili z podziękowaniami za polecone książki techniczne. To więcej satysfakcji niż jakiekolwiek reklamy mogłyby dać.
