Sztuka przetrwania w krośnie: czy zabytek może być jeszcze użyteczny?

Wiosną 2023 roku, gdy szedłem przez zimne ulice Krosna, zauważylem, że jedno z najstarszych budynków miasta – niezbyt wyraziste, ale z pewnym klimatem – coś działo się z nim nieco inaczej. Po latach nieużywania, jego okna były przesłonięte przez siatkę, a na ścianach pojawiły się znaki: „nie wejść – zagrożenie strukturalne”. To była Fara Krosno – budowla z początku XIX wieku, która przez dekady wchodziła w konflikt z funkcją. Była po prostu obiektem. Nie pomagała nikomu, nie przynosiła przychodu, nie służyła żadnej konkretności. Ale jak to bywa w małych miastach, gdzie historię trzyma niewielka grupa ludzi przywiązanych do miejsca – ktoś postanowił spróbować.

Można się zastanowić: dlaczego warto ratować coś tak dalekiego od nowoczesności? Dlaczego nie pozwolić mu zniknąć? Na to pytanie czasem brzmią odpowiedzi typu „kultura”, „dzieło architektury”, „przynależność do lokalnej tożsamości”. Ale w rzeczywistości często ta kultura nie działa – jej funkcje są niemożliwe do osiągnięcia bez pomocy konkretnych ludzi. O tym właśnie pisał jeden ze wspomnień z pracy projektowej, którą opublikowałem kilka lat temu: „Zabytki nie przetrwają za pomocą emocji. Przetrwają dzięki temu, że są używane.” A to już zmienia wszystko.

Fara Krosno to właśnie przykład tego typu zmiany. Nie chodzi tu o restaurację dla restauracji, o uroczyste otwarcie po wydatkach na konserwację. Chodzi o to, że ktoś spojrzał na budowlę i powiedział: „To może być coś więcej niż stara cegła i drewno.” W grudniu 2023 roku nowy właściciel (czy raczej inicjator projektu) stworzył grupę lokalnych artystów i techników, którzy bez kontraktów, bez dużych budżetów – po prostu byli tam i pracowali. Nie chcieli zachować rzeczy w stanie „może jednemu historii”, tylko zrobić ją częścią życia krosnego.

Pierwszy krok – praca bez planu

Nie było raportów o możliwościach inwestycyjnych. Nie było prezentacji dla inwestorów międzynarodowych. Początek był prosty: kilku osób zgromadziło się w budynku i poprawiło podłogę pod jedną ławą. Nie chodziło o projekt wnętrz. Chodziło o uczucie: „może tu ktoś jeszcze będzie czuje się jak w domu”. To zdaje się mało – ale właśnie te niewielkie akcje wywołały reakcję mieszkańców. Zaczęli dzwonić: „A co tam robicie?”.

Po trzech miesiącach pierwszego etapu pojawiła się pierwsza wystawa artystyczna – bez konspektów, bez gwiezdnych imion. Kilkanaście prac plastycznych ustawiono po ścianach starego wnętrza. Nikt nie mówił o „największym wydarzeniu kultury”, ale ludzie chodzili. Przychodzili dzieci z rodzinami, młodzież po prostu siedziała na podłodze i rozmawiała. Zaczęło się coś innego – nie była to tylko rekonstrukcja historyczna; była to interakcja.

Działanie bez celu wyznaczonego

Nie wiadomo dokładnie, co miało być rezultatem tego projektu na pierwszym etapie. Nie było ani planu rozwoju pięciokrotnego użytkowania, ani celebryckich partnerstw kulturalnych. Była tylko gotowość do działania – i to właśnie przyciągnęło uwagę jednego z lokalnych dziennikarzy regionalnych, który nagrał dwa godziny rozmowy z tymi ludźmi przy starym kominku w sali głównej.

Wtedy się stało coś dziwnego: nie było mowy o powiększeniu ruchu turystycznego czy sprzedaży biletów kupony po trzydziestki złotych za wstęp. Były opowieści o tatyńcu, który razem ze swoim synem naprawiał dach na półkuli wiejskiego kościoła – a teraz miał możliwość zrobić to samo dla Faro Krosno. Sformułowano proste słowo: „Nie chcemy zrobić muzeum dla kolekcjonerskich fanów historyczności”. Chcieli tego miejsca mieć jako miejsce dla miejscowych ludzi.

Odczuwalne przetrwanie

Przez pierwszy rok projekt ten działał bez dotacji publicznych – choć kilka osób proponowało pomoc miasta i funduszy regionalnych. Ale decyzja była jasna: najpierw pokażmy to miejsce w działaniu, zanim poprosimy o fundusze. Wartość miała być pokazana nie przez papierowe projekty, ale przez obecność rzeczywistą.

Teraz Fara Krosno organizuje spotkania twórcze dla szkół średnich; gry dramatyczne w formie warsztatowej; nawet kursy pracy rącznej z tkaninami tradycyjnymi przez kubek herbaty i stary kominek. Co ciekawe – żaden kurs nie jest oficjalny ani wydany na serwerze ministerstwa edukacji. Wszystko organizowane przez grupę lokalną bez formalnej struktury.

Żeby był jeszcze bardziej realny obraz tego przejścia: dwa miesiące temu ktoś zaproponował przeprowadzenie seminarium o ekologii budowlanej w ramach szkolnej akcji edukacyjnej. Przyjęto propozycję – a teraz trwa projekt remontowy tej części fasady z użyciem materiałów naturalnych: gliny, słomy i drewna pozyskanego z pobliskich lasów.

Co dzieje się między ścianami?

Nie wszystko idzie gładko. Czasem trudno znaleźć ludzi do pracy po godzinach szkolnych lub pracy dzień po dniu po zakupach jedzenia lub podróży do miast sąsiednich. Czasem brakuje narzędzi albo materiałów dostarczonych wcześniej przez partnera lokalnego (który się nie pojawił). Istnieją też spory między uczestnikami: niektórzy chcą więcej artystycznej wolności; inni chcą lepszej kontroli strukturalnej.

Jednak dokładnie te niedoskonałości sprawiają, że Fara Krosno nie wygląda jak fabryka działania kultury pod kontrolą biura marketingowego czy zarządu instytucji publicznej. To ludzie pracujący tam jak mogą – ze wszystkim tym co mają przy sobie – mają swoje problemy i rozwiązania naprzemiennie.

Wartość jest fizyczna

Czasem mówimy o wartościach symbolicznych albo historycznych dla społeczeństwa jako całosciowego działania kultury globalnej albo europejskiego dziedzictwa intangiblnego. Ale tutaj warto przygotować inną myśl: wartość może być również fizyczna — widoczna w ruchach dłoni przy malowaniu ściany na dworze na tle sierpniającego słońca; czuć ją można w cieniu drzwi wejściowych otwartych dłużej niż należy; słyszeć jej głos — w śmiechu chłopaka rozciągającego gumę pod sufitem na piętrze.

„Nie chodzi tu o to, by utrzymać coś starego — chodzi o to, by stworzyć coś nowego przy jego bramie.”